niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 14 : Ama-Hirina

Żołnierze sainowscy otoczyli Aurore, Arthura, Marinę, Christiana i Lanę Sophię i brutalnie ich pojmali. Powykręcali im ręce i związali za plecami, stopy także otoczył wpijający się sznur, który umożliwiał tylko stawianie maleńkich kroczków w stronę celi - nie mieli co marzyć o ucieczce. Jedwabne chusty posłużyły za kneble. Odebrano im też wszystko, co mogło posłużyć za broń. Sztylety dziewcząt, miecze chłopców, a także różdżkę Arthura. Zostało z nimi tylko to, co mieli w sobie, czyli czary, pazury, kły i siła. Arthur, Aurore i Marina próbowali wyratować się magią, lecz ta dziwnym trafem zdawała się nie działać na sainów.  Każde zaklęcie spływało po nich jak woda po kaczce. Lana chciała zmienić się w wilka, ale nie zdążyła. Gdy tylko sainowie dostrzegli, iż zaczyna się przemieniać, do gry ruszyła włócznia, którą jeden z nieprzyjaciół przystawił jej do gardła, a potem wcześniej wymienione sznury i knebel. A Christian? Miotał się, jak dzikie zwierze, obnażył kły i atakował. Zdołał nawet skręcić kark jedynemu z sainów, a w szyi drugiego zatopić kły, jednak nim doszło do czegoś więcej, kapłan, który ich nakrył, zatopił w jego ciele długą igłę i za pomocą tłoczka wpuścił do żył księcia eliksir, który pociągnął go w ciemność. Momentalnie sparaliżował wszystkie mięśnie, a potem uśpił. Kiedy Christian się ocknął, zobaczył tylko mroczne ściany celi z czerwonego kamienia i wielkie drewniane drzwi, odgradzające ich od wolności. Bardzo bolała go głowa, ale z ulgą zauważył, że przynajmniej może się już poruszać. Kończyn nie krępowały już pęta, lecz w sumie co to za różnica, skoro i tak nie mógł uciec? Drgnął, gdy usłyszał za sobą znajomy głos. Teraz tak cienki, stłamszony...


- Długo spałeś. Bałam się, że już się nie obudzisz.
 Christian odwrócił się gwałtownie. W przeciwległym rogu celi siedziała skulona dziewczyna o włosach złotych jak łany zboża, oczach niebieskich jak niezapominajki i skórze jasnej i delikatnej jak porcelana. To Aurore w błękitnej sukni, na której materiale jak maki rozkwitały krwiste plamy. Szkarłatną pręgą naznaczony był jej policzek i czoło. Kiedy tylko Christian to zobaczył, jak tsunami zalała go fala gniewu, ba! Wściekłości na tych, którzy jej to zrobili. Jedno spojrzenie wystarczyło, by odrzucił na bok całą swą dumę i złość, która wypełniła go, kiedy okazało się, że nie odwzajemnia jego uczuć.
- Aurore? - wychrypiał Christian, podnosząc się gwałtownie z zakurzonej podłogi. Niemal od razu zakręciło mu się w głowie. Przywarł do ściany, by nie upaść. Kamień parzył jego dłonie, choć jako wampir nie powinien odczuwać ni zimna, ni gorąca. Zabrał dłonie, niemal czując skwierczenie.
- Ściany powleczono sokiem z kardamonu. Mity mówią, że wysysa z człowieka całą magię, wszystko, co czyni go innym. Widać to prawda - powiedziała tak cicho, że niemal bezgłośnie, podnosząc się z ziemi.
Chwiejnym krokiem podeszła do Christiana i chwyciła go za dłonie. Ścisnęła je mocno.
- Marinę i Arthura zamknęli w celi obok, a Lanę Sophię gdzieś zabrali. Nie wiem, gdzie, ale boję się, że coś jej zrobią. Nie mogłam nic zrobić! - Głos księżniczki się załamał. Nie była w stanie nic powiedzieć, więc zacisnęła usta i pokręciła głową. - O ciebie też się bałam...
- Niepotrzebnie. Jestem jak kot, zawsze spadam na cztery łapy - powiedział, siląc się na lekki uśmiech. Przesunął delikatnie palcem po ranie na jej policzku. Pokryła się strupem, więc przynajmniej już nie krwawiła. - Co za bydlak ci to zrobił?
- Czy to ważne? - Wzruszyła z obojętnością ramionami. - Grunt, że nie ma już tej ręki - dodała po chwili, a w jej szklanych oczach zatańczyły łobuzerskie ogniki.
- Odcięłaś mu rękę?
Nieoczekiwanie pomieszczenie wypełnił perlisty śmiech Aurore.
- Czemu robisz takie wielkie oczy, Christatnie? Musiał się zbliżyć, żeby mnie okaleczyć, a kiedy to zrobił... cóż, chyba byłabym, głupia, gdybym nie wykorzystała okazji. Nie wiem, czego sainów uczą kapłani, ale ten chyba nie spodziewał się, że księżniczka wyszarpnie mu zza pasa sztylet i użyje go przeciw niemu, zamiast pokornie nadstawić drugi policzek.
Christian rozpromienił się momentalnie.
- Ja też zawsze zapominam, że nie jesteś taka krucha, na jaką wyglądasz - przyznał ze zmieszaniem.
Patrzyli tak sobie w oczy przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy ulec słowom, które domagają się, by zostały wypowiedziane, czy może milczeć, stłumić je w sobie i dalej prowadzić grę.
- Christian, ja... Ja cię przepraszam. Naprawdę nie chciałam, żeby tak to się wszystko potoczyło - rzekła, kiedy szala przechyliła się ku pierwszej opcji. - Czuję się podle przez to, jak cię potraktowałam.
- Dlaczego? - spytał szczerze zdumiony. - Przecież nie zrobiłaś nic złego. Nie okłamałaś mnie, ani też nie zwodziłaś. Jeśli ja wyobrażałem sobie zbyt wiele, a wierz mi, że tak było, mogę winić tylko siebie.
Choć powinna się cieszyć, że nie jest na nią zły, poczuła tylko ukłucie w sercu. Bardzo mocne, odbierające dech.Skrzywiła się mimowolnie, a Christian spytał, czy wszystko w porządku.
- Tak, w jak najlepszym... - Aurore westchnęła ciężko, po czym wróciła do swojego kąta. - Kiedy mówiłam, że chcę umrzeć, nie wiedziałam, że życzenia tak szybko się spełniają - szepnęła z goryczą, skrywszy twarz w dłoniach.
- Nikt tu nie umrze, prócz sainów. Znajdziemy sposób, by się stąd wydostać, odnajdziemy Berło i ruszamy w dalszą drogę. Wyjdziemy z tego cało, zobaczysz. Za parę, parędziesiąt lat, gdy będziesz opowiadała komuś tę historię, będzie ona dla ciebie tylko przygodą, jedną z wieku. Wzbudzającą strach przed laty, po latach przyprawiającą o śmiech.
- Z czego tu się śmiać?
- Z naszej nierozwagi. Gdyby ojciec mi powiedział, że dał się pokonać bandzie dzikusów uzbrojonych w patyki, wyśmiałbym go.
- Kiedy byłeś nieprzytomny, słyszałam rozmowę strażników, strzegących wejścia do naszej celi.
- I czego się dowiedziałaś?
- Że zostały nam jakieś cztery dni życia, jeśli szybko czegoś nie wymyślimy.
- Dlaczego akurat cztery? - Zmarszczył brwi, a jego krwiste oczy zapłonęły czymś na kształt ciekawości. - Czy nie lepiej od razu byłoby nadziać nas na te ich śmieszne włócznie i mieć problem z głowy?
- Na to wygląda, że nie. - Pokręciła głową. Kiedy elfica znów podniosła na wampira oczy, on dostrzegł w nich ogromny strach. Lęk tak wielki, że nawet ktoś taki jak Aurore za nic by się do niego nie przyznał. - Christian, czy zdajesz sobie, co wypada równo za cztery dni?
- Em... Czwartek...?
- Och, nie! Oczywiście, że nie! Nów, Christianie, nów!
- I co w związku z tym? - spytał, spoglądając na nią badawczo.
- To z tego, że wtedy złożą nas w ofierze. Wszystkich, bez wyjątku.
Christian wciągnął ze świstem powietrze. Zamurowało go.
- C-co takiego? - Tylko tyle zdołał wydusić przez ściśnięte gardło.
- Sainowie to bardzo prosty lud. Odcięty od zdobyczy naukowych Erithel. Są zdolnymi astrologami i potrafią wyliczyć, kiedy znika księżyc, lecz nie potrafią wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Ślepo wierzą, że to sprawka Hiriny, księżycowej bogini, która od pełni powoli zasypia, znika z nieba, i by ją obudzić, należy złożyć krwawą ofiarę. To my mamy być tą ofiarą, bo nie widzę innego powodu, dla którego trzymaliby nas tutaj.
Wampir osunął się na ziemię. Wpatrywał się tępo przed siebie, coraz boleśniej uświadamiając sobie wagę słów Aurore. Informacja o nowiu, z pozoru tak niepozorna, paraliżowała go podobnie jak wcześniejszy eliksir.
Bo głupcem jest ten, kto śmieje się śmierci w twarz, nie czując choćby krztyny lęku. Królem głupców! Każde myślące stworzenie lęk odczuwa, gdy ma ku temu powód, a czy jest lepszy powód niż taki, że twoje życie zawisło na cienkim włosku? Mędrcem jest natomiast ten, który potrafi odnaleźć w głębi siebie światło, które rozproszy mrok i wskaże drogę ratunku.
Właśnie na poszukiwania tego światła musieli teraz wyruszyć, wszyscy razem i każdy z osobna, próbując prześcignąć nieubłagany czas.

 ***

 - Gdzie wyście mnie zabrali? - warknęła gniewnie Lana Sophia, kiedy czarnowłosy żołnierz łaskawie ściągnął jej knebel z ust.
Dziewczynę otaczało pięciu sainów, z których każdy patrzył na nią jak na ostatni kawałek ciasta. Wszyscy znajdowali się w ciemnej okrągłej komnacie, po środku której znajdowało się coś wielkiego, jakiś kanciasty kształt, na oko sięgający jej do połowy kolan. Lana nie widziała dokładnie co to, gdyż wszystkie sześć okien przysłaniały grube czarne kotary. Jedynym źródłem światła były przymocowane do ścian pochodnie o przygasających płomieniach.
- Może tak grzeczniej, moja panno? - ozwał się chrapliwie najstarszy z pośród nich, niewątpliwie kapłan. Miał na sobie długą szatę w kolorze pergaminu, przewiązaną na biodrach paskiem z czarnej skóry, przyozdobionym przez maleńkie czaszeczki. (Dziewczyna wolała nie wiedzieć, czy były prawdziwe). Twarz jego spowijał cień obszernego kaptura. - Jakby nie było twoje życie leży teraz w naszych rękach.
- Zaraz nie będziecie mieć tych rąk, i paru innych narządów też, jeśli w tej chwili mnie nie puścicie! - krzyknęła, popychając jednego z trzymających ją strażników na kamienną ścianę. Sain zatoczył się niezgrabnie i twarzą zsunął się po niej.
Lana uśmiechnęła się szeroko. Będzie miał pies nauczkę, że niegrzecznie wykorzystywać sytuację i kłaść łapy gdzie nie trzeba. Niech lepiej ich pilnuje.
Strażnik pozbierał się prędko z ziemi i posłał jej tak mordercze spojrzenie, iż przez chwilę była pewna, że zaraz zapłaci za to własnymi zębami. Jednak nic takiego się nie stało. Zamiast tego powiedział tylko:
- Będzie idealna.
- Idealna do czego?! - warknęła, lecz nikt nie raczył jej odpowiedzieć. Zbyt zajęci byli rozmową między sobą.
- To wielkie szczęście, doprawdy, że jedyna pobratymczyni wśród tej całej hołoty, z którą się włóczyła, okazała się tak się nadawać! - zachwycił się drugi, jasnowłosy żołnierz o oczach czarnych jak węgiel.
- Nie szczęście, lecz znak nieba! - zagrzmiał inny, podchodzący do czterdziestki o obfitym brzuchu piwnym.
 - IDEALNA DO CZEGO?! -powtórzyła raz jeszcze Lana Sophia, sztyletując kapłana wzrokiem.
- Do zostania naszą Hiriną, rzecz jasna - powiedział, ściągając kaptur. Oczom wilkołaczki ukazała się bardzo stara twarz o rysach tak surowych jak wyciosane z kamienia. Białe włosy kapłana ścięte były "na pazia", a broda ułożona na sztorc. - Karamei, Haviris, wpuśćcie tu trochę światła - zakomenderował. Dwaj saini, ten, którego Lana pchnęła na ścianę, i tamten grubszy, koło czterdziestki, zaczęli mruczeć coś niezrozumiałego pod nosem. Z głośnym szelestem zasłony rozsunęły się na póki, ukazując ostre pozbawione szkła okna. Dopiero wtedy Lana dostrzegła, czym w rzeczywistości była bryła na środku sali. Kamiennym ołtarzem.
Wydała z siebie zduszony okrzyk przerażenia, który wywołał salwę śmiechu wśród żołdaków.
- Nie takiej reakcji spodziewaliśmy się po tobie, Hirino. Powinnaś raczej nie móc doczekać się chwili, w której po raz pierwszy dokona się na nim Przebudzenie.
- Jakie znów przebudzenie? Jaka znów Hirina? - pytała zdławionym głosem, nie mogąc odwrócić wzorku od stołu ofiarnego. Kilka metrów przed nim znajdował się zbudowany z kości i czaszek tron.
Czemu miała przeczucie, że dla niej?
- Hirina to Pani Księżyca, Pani wszystkich wilków i oczywiście nasza Pani - pospieszył z wyjaśnieniami kapłan. - Dziwne, że tego nie wiesz. Nie wiem, czego uczą was w tych waszych nie-sainowskich szkołach - prychnął z pogardą na samą myśl o świecie poza Orlą doliną.
- Skoro to jakaś bogini, to czemu nazywacie mnie jej imieniem? Czy to nie obraza? No i czym, na wilcze ziele, jest to całe Przebudzenie?!
- Tępa, ale przynajmniej temperamentna - westchnął ciężko Karamei.
- I ładna. Ma oczy jak krowa, zupełnie jak Hirina. To musi być ona - zawtórował mu jasnowłosy sain.
Lana zazgrzytała zębami. Takiego komplementu to jak żyje nie dostała.
- Tak czy inaczej - kontynuował kapłan - co miesiąc Wielka Hirina zapada w sen, pozostawiając nasz naród bez opieki. By przebudzić Księżycową Panią konieczny jest rytuał, na którym ofiarowani zostają innowiercy lub nasi niewierni bracia. Do Przebudzenia niezbędna jest Ama-Hirina, to znaczy przyziemne wcielenie bogini, które zajmuje miejsce duszy u jednej z naszych kobiet każdej pełni. Ama-Hirina musi przyjąć w imieniu prawdziwej Hirini ofiary, by potem samemu stać się ostateczną ofiarą.
- Nie jestem żadną waszą Ama-Hiriną, zrozumcie to! Jeszcze wczoraj nie wiedziałam o istnieniu tej waszej Hiri-miri, więc jak mogę być jej wyznawczynią? Rozczaruję cię, kapłanku. Lana Sophia wierzy tylko i wyłącznie w siebie - zadeklarowała wojowniczo.
W odpowiedzi na jej słowa, sain w pergaminowej szacie uśmiechnął się szeroko. W tym momencie Lana nie marzyła o niczym innym, jak o starciu mu z twarzy tego obleśnego śmieszka zardzewiałą tarką do sera. Może to i specyficzny sposób na rozwiązanie sprawy, ale jaki bolesny! Skoro słowa nie przemawiają mu do rozsądku, to może chociaż poharatana facjata to zrobi.
- No oczywiście, że nie wierzysz. Po co miałabyś wyznawać samą siebie? - spytał z taką miną, jakby to było zupełnie oczywiste. - Ama-Hirina od pełni do nowiu może czuć się Hiriną.
- Nie, nie, nie! Ja nie jestem żadną waszą... - Urwała, gdyż nagle dostrzegła cień szansy w tym całym
qui pro quo. - Skoro do czasu nowiu jestem waszą boginią, musicie robić, co wam każę, czyż nie? - spytała, mrużąc chytrze ciemne oczy.
- W teorii tak - odparł po chwili namysłu starzec. 
- W takim razie rozkazuję wam uwolnić moich przyjaciół - zażądała lodowatym tonem. Wyraz twarzy kapłana zmienił się w jednej chwili. Sinie wargi zacisnęły się w wąską linię, mięśnie stężały, a oczy rozbłysły gniewnie. Przerażał Lanę, ale starała się nie dać tego po sobie poznać. - Siebie złóżcie w ofierze, a nie ich, bo spłynie na was mój boski gniew.  
- Zdaje się, że powiedziałem "w teorii". Może i jesteś powierniczką Wielkości Hirina, lecz nie posiadasz mocy. Jesteś boginią ofiarną, nie boginią zemsty. Radzę ci o tym nie zapominać, Ama-Hirami - powiedział stary sain, przeciągając z lubością sylaby. Widząc strach w jej oczach, zaśmiał się tubalnie, po czym zwrócił się do pozostałych. - Odprowadźcie panią do jej komnaty. Pozwólcie jej zadecydować, który innowierca zginie najpierw. To jej przyjaciele, więc niech splami sobie ręce ich brudną krwią. 

***

- Aurore, wisiorek! - wykrzyknął w którymś momencie Christian, przerywając martwą ciszę, która zalegała między nimi od poprzedniego dnia.
Oboje byli zmęczeni, niewyspani i głodni (gdyż dwie kromki czerstwego chleba, które dostała księżniczka, nie potrafiły nasycić żołądka nawet na dwie godziny, co dopiero na cały dzień, podobnie jak szklanka stęchłej krwi dla Christiana), więc żadne z nich nie miało specjalnej ochoty na pogawędki. Milczeli, desperacko próbując wymyślić jakiś sposób, którym odzyskaliby wolność.
- Masz jeszcze swój medalion, ten który dostałaś od ojca, prawda? - spytał już znacznie ciszej.
Jego oczy rozbłysły czymś na kształt ekscytacji.
- Tak, jego mi nie zabrali, a czemu pytasz? - Zmarszczyła brwi. Aurore leżała na plecach na jednej z drewnianych, wyściełanych sianem prycz, wpatrując się w sufit.
- "Używaj go mądrze, a on powoli będzie odkrywał przed tobą swoje kolejne możliwości". Czyż nie tak powiedział ci ojciec, kiedy wręczał ci go na chwilę przed początkiem naszej wyprawy? Co jeśli za jego pomocą można się skontaktować z którymś z przywódców Zjednoczonego Królestwa?
Oblicze księżniczki w jednej chwili pojaśniało. Dźwignęła się gwałtownie z pryczy i odszukała za rąbkiem dekoltu mały złoty medalion, przyozdobiony diamentami.
- Że też wcześniej o tym nie pomyślałam - szepnęła, zaciskając na nim kurczowo palce.
Spojrzała na Christiana, a on skinął głową. Tak, to było ich światłem, rozpraszającym mrok. Albo raczej mogłoby być, gdyby zadziałało.

MERIDIANE FALORI
 ___________________________________________

Cześć, co myślicie o tym rozdziale? Czy wątek Ama-Hiriny przyprawił was o choć trochę szybsze bicie serca? Mam nadzieję, że tak :D A pozostałe części? Ktoś kiedyś chyba mnie pytał, czy medalion Aurore będzie miał jakieś specjalne znaczenie dla tej historii (chyba że pomyliłam pytania i blogi xD)... Teraz macie odpowiedź. 
Mam nadzieję, że zostawicie po sobie chociaż króciutki komentarz, w którym zasygnalizujecie mi, co myślicie. Jeśli nie macie ochoty, nie musicie pisać rozprawek, zwyczajne "Fajny rozdział, dobrze się czytało, nie mogę doczekać się następnego" wystarczy ;) Choć nie powiem, trochę dłuższe zawsze są fajniejsze hahaha

Zachęcam do lajkowania fanpage'a, aby być na bieżąco :D

7 komentarzy:

  1. Świetny rozdział, ale musisz zawsze kończyć w najmniej odpowiednich momentach?! ;D mam nadzieję, że wszyscy wyjdą z tego cało i że Autorem przekona się do Christiana:) to na tyle z mojej strony, sorry ale nie mam weny na dłuższy komentarz:\ już nie mogę doczekać się następnego:*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeju super rozdzial! ;) Bardzo fajny pomysl na ten kult Hiriny, i Lana Spohia jako ich tymczasowa bogini ktora musi skazac na smierc swoich przyjaciol uhh bedzie sie dzialo pewnie w nastepnym rozdziale :D I mam oczywiscie nadzieje ze naszyjnik Aurore zrobi... cos i wszyscy sie wydostana, i zabiora berlo i beda szukac nastepnego :D i ogolnie zarabisty rozdzial, tylko troche krotki;) czekam na kolejny!!! I zycze weny :* <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow! Tego się nie spodziewałam... Może tej części z ofiarą tak, ale Ama-Hiriny już nie 🐺
    Czyżby mi się wydawało, czy nasza wojownicza księżniczka (niezły numer z tą ręką!) zaczyna się przekonywać do bladego księcia o ostrych kłach?

    Więc rozdział naprawdę dobry, ale za krótki zwłaszcza po takim czasie oczekiwania.
    Pozdrawiam i czekam na następny z niecierpliwością!!!
    Coco Evans

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurcze, czy to nie okazałoby się zbyt proste, gdyby ot tak medalion zaczął działać? Haha jestem niemalże pewna, że wymyślisz coś... zaskakującego, to pewne :D No ale i chyba na swój sposób trochę strasznego, czy coś. Przynajmniej mam taką nadzieję :D
    Tak na początek, żebym nie zapomniała :D No więc witam Cię wśród naszych skromnych próg tych, którzy czekali na rozdział tutaj :D Mam nadzieję, że wypoczynek, tudzież wakacje minęły Ci fantastycznie ;)
    Kurczę, to takie oczywiste z tymi wierzeniami w Ama-Hirina. Przecież dawne, pogańskie ludy, które bały się nocy, kiedy księżyca nie było na niebie, wierzyły w coś takiego. Choć część o tym, że trzeba złożyć ofiarę, by ją z powrotem obudzić? Kurczę :D No ale zrobiło się groźnie, kiedy Aurore wytłumaczyła, że to oni będą tą ofiarą. Drugie kurczę! ;)
    Haha czy to przypadek, że Aurore i Chris trafili do jednej celi? :D Haha nadal się uśmiecham, gdy wspomnę fragment z nimi <3 Oni są tacy rozczulający! <3 haha a Chris? Niby taki groźny wampir a tu proszę, jaki łagodny się stał, jak się zakochał. No i jaki opiekuńczyyy <3 jak się wściekł za to, że ktoś zranił Aurore ;) Mówiłam, że ich uwielbiam? ;)
    Niby to oczywiste, że Lana miałaby być ich przechodnim wcieleniem bogini, ale, mimo jakiegoś takiego niepokoju, kiedy okazało się, że ją zabrali, zamiast osadzić w celi jak to zrobili z resztą, nie pomyślałam o czymś takim. Dobrze przemyślane wszystko ;) Poza tym, lubię, kiedy jest taka zadziorna :D Hihi pokazuje pazurki <3
    Jak już wspominałam, to z medalionem... Niby szybki ratunek, ale na pewno taki nie będzie. Albo coś będzie nie tak z nim i nie będzie chciał się "włączyć" i robić tego, co ma robić, albo cóż... oni nie będą wiedzieli, jak go użyć, albo jeszcze coś... Na razie mi nie przychodzi nic do głowy, choć zapewne wybierzesz te opcję, której bym nigdy nie wymyśliła, nawet, gdybym zastanawiała się całymi dniami :D
    Rozdział jak zwykle ciekawy i interesujący, trzymający w napięciu, choć, jak ktoś przede mną zauważył, krótszy, nad czym ubolewam, bo uwielbiam czytać Twoje historiee! <3
    Pozdrawiam Cię serdecznie!
    Zuza <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Czemu już nie kontynuujesz tego opowiadania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kilku powodów :/
      1. Popełniłam zbyt wiele błędów, potrzebuję czasu, by je naprawić, a czasu na razie brak
      2. Zaraz zacznie się maturalna, niestety nauka nie pozwoli mi na prowadzenie takiej ilości blogów
      3. Aktualnie jestem skupiona na próbach nawiązania kontaktu z wydawnictwem w celu wydania Czterech żywiołów :/

      Usuń